fbpx
KrajeSzkocja

The North Coast 500 – Najpiękniejsza trasa w Szkocji (cz.1)

517 mil zachwytu liczy sobie jedna z najpiękniejszych tras widokowych świata. The North Coast 500, bo o niej mowa, wiedzie wzdłuż calutkiego wybrzeża północnej Szkocji. Zaczyna się i kończy w mieście Iverness, tworząc szalenie widowiskową pętlę. Tyle wiedzieliśmy. Mieliśmy też pewne pojęcie o tym kraju, gdyż wcześniej udało nam się zwiedzić wyspę Skye. Jak głoszą legendy, ludowe podania i wpisy na forach, najpiękniejszą wyspę w okolicy i jednocześnie Szkocję w miniaturze.  Cóż więc mogło nas po takim wstępie zaskoczyć? Ano wszystko.

Przestrzeń

Pierwsze słowo które przychodzi mi na myśl o tym kraju, to przestrzeń. Jest ogromna. Powalająca wręcz jak na kraj o tak niewielkich w gruncie rzeczy rozmiarach. Dla porównania, Polska liczy sobie w przybliżeniu 312 000 km². Szkocja zaledwie 78 000 km², a zaprawdę powiadam wam, Hogwart ukryć tam to pestka. Nawet pięć Hogwartów. Do tego Górę Przeznaczenia, wioskę hobbitów i niejednego smoka. A ja głupia myślałam, że maskonura znajdę na pierwszym, lepszym klifie, bo przecież Szkocja to taki nieduży kraj… Naprawdę podejrzewam, że jakoś magicznie się rozciąga.

Surowość

Kolejna cecha to surowość. Wielkie przestrzenie poprzecinane pasmami górskimi i rozległymi jeziorami o tafli gładkiej i zimnej niczym zęby potwora z Loch Ness. Lecz spróbujcie zajrzeć tu późnym latem, a zobaczycie kolejną magię. Na przełomie sierpnia i września, gdy zakwita wrzos, wszelkie wyobrażenia i etykietki o srogiej północy, monochromatycznych krajobrazach i surowych kolorach możecie sobie schować pod siedzenie i wyciągnąć dopiero w okolicach listopada. To, co się tutaj dzieje o tej porze roku, przypomina raczej psychodeliczny napad weny twórczej nieskrępowanego impresjonisty pod delikatną inspiracją kwasu lizergowego i późnego rokoko. Inaczej mówiąc, subtelne bogactwo mości panie.

 

pstrokate wrzosowiska
Czasem też mniej subtelne…

 

Nominacja do Złotego Puffina!

Jak to jednak mawiają mędrcy drogi, tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Ostrzegam jednak, że ta trasa to fotograficzna pułapka. Droga przez piekło i rajski szlak zarazem. Bajeczne krajobrazy przyprawiają o łzy zachwytu, a wąskie drogi (na szczęście nie wszędzie, tylko w tych ładniejszych częściach) o szerokości jednego, nie za dużego auta, bez możliwości postoju, o łzy rozpaczy. Co jakiś czas pojawiają się wybawienia w postaci punktów widokowych z parkingiem, ewentualnie miejsca do mijania (choć tam akurat nie wolno się zatrzymywać na dłużej), ale to nigdy nie jest TA perspektywa. Jedna, wymarzona, wyśliniona… Na najwęższym zakręcie pod górkę z kamperem za nami, przed nami i stadem owiec pod kołami. Zostaliście ostrzeżeni. Poza tym, jest to jedno z tym miejsc, gdzie zdjęcia oddają zaledwie ułamek rzeczywistości. (Notka do fotografów. Jeżeli nie chcecie się zapłakać, nie wybierajcie się tam bez obiektywów NAPRAWDĘ szerokokątnych.)

Dzikie fiordy, pełne przepychu wrzosowiska, turkusowe zatoczki, rajskie plaże, strzeliste góry oraz co najpiękniejsze… spokój i cisza. Mimo, że byliśmy tam w ostatnim tygodniu sierpnia, który w UK jest czasem urlopowym, turystów było zaskakująco niewielu.

Tutaj, drodzy bracia i siostry dla których obiektyw stał się już trzecim okiem, pragnę przyjść z pomocą. Choć cała trasa jest urzekająca, to są takie momenty, że kopara opada i bez łopaty ani rusz. Warto w takich momentach być szczególnie gotowym i zwartym. Abyście nie doznali zbędnego wytrzeszczu i przykurczu palca na spuście migawki, miejsca te (rzecz jasna całkowicie subiektywnie) pragnę oznaczyć wyróżnieniem Złotego Puffina (czyli nieuchwytnego maskonura o zachodzie słońca). Mam nadzieję, że się przyda.

Glen Coe

Choć sama trasa The North Coast 500 zaczyna się w miejscowości Iverness, ja zacznę od Glen Coe ( Złoty Puffin!) . Górskiej doliny, która znajduje się całkiem niedaleko, a warta jest wspomnienia i rzecz jasna odwiedzenia. Sama miejscowość jest malutka i nie stanowi szczególnego punktu zainteresowania, za to otaczające ją góry… bajka. Niezależnie od pory roku, niezależnie od pogody. Wjechaliśmy w pełnym słońcu jednego dnia, wyjechaliśmy w rzęsistej ulewie następnego i naprawdę nie wiem, kiedy było piękniej. Deszcz jednak ma tam jedną niezaprzeczalną zaletę. Przegania turystów ( tu akurat było ich sporo), a co za tym idzie… najlepsze punkty widokowe mieliśmy tylko dla siebie. Zapomniałabym dodać, że w języku gaelickim jej nazwa to dosłownie Dolina Łez. Może to te potoki płynące u podnóża gór, a może liczne, malutkie wodospady ciurkające po ich zboczach… Nie wiem, ale nazwa pasuje.

 

 

Glen Coe

domek pod górą

most pomiędzy górami

busik - ogórek przy drodze
Niestety nie nasz, ale klimat jak z Into The Wild mnie zachwycił :)

Praktycznie

Jeżeli tak jak my, preferujecie namiotowe luksusy i potrzebujecie miłej, spokojnej miejscówki z dala od ludzi, acz blisko szosy to polecam boczną dróżkę odchodzącą w lewo od drogi głównej A82, jadąc od strony południowo-wschodniej.

 

 

droga
Dróżka w którą należy skręcić
góry
Ten mały, granatowy punkcik w dole to nasza baza ;)

namiot przy jeziorze

 

 

Nie czekajcie jednak na ostatni promyk słońca, bo droga ta chociaż przyzwoicie długa, jest dość gęsto oblegana przez zmotoryzowanych namiotowiczów i najlepsze miejscówki rozchodzą się niczym świeże bułeczki, a jest na co polować. Piękne widoki, rzeka pod nosem, dobre miejsca na zaparkowanie samochodu i rozbicie namiotu. Często z gotowymi miejscami na ognisko.  Jeżeli będziecie mieli ochotę potrawersować zbocza to uwaga na wysokie trawy. Okazuje się, że i tam grasują kleszcze. Jakby kto pogardził z tegoż powodu ustronnym krzaczkiem bądź poczuwał potrzebę ablucji w ciepłej wodzie to w centrum wioski  funkcjonuje całodobowy i darmowy kibelek na przyzwoitym poziomie. Z przystankiem autobusowym tuż obok.

Okej, lecimy dalej. Tym razem już w kierunku Iverness, na naszą właściwą trasę. Po drodze machamy jedynie potworowi z Loch Ness i skręcamy zgodnie z ruchem wskazówek zegara na zachód.

Wybrzeże zachodnie

Wiadukt Glenfinnan

W drodze ku zachodniemu wybrzeżu, odbijamy nieco z trasy, aby dotrzeć do obowiązkowego punktu wizyty każdego Potteromaniaka. Pamiętacie słynny wiadukt, którym Hogwart Express zmierzał do chyba jedynej, tak uwielbianej szkoły jaką była Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart? Miałam cichą nadzieję wbić się na gapę, ale tym razem nie nadjechał… No cóż, nie tracę nadziei.

 

 

wiadukt
Michał jakoś nie był zainteresowany :)
jezioro
Okoliczne widoki

Loch Torridon

Nasz kolejny postój i nominacja do Złotego Puffina. Ogromne jezioro połączone z morzem, otoczone z obu stron pasmem górskim. Rogate, czterokopytne wdzięcznie wchodzą w kadr. Dla bardziej dociekliwych jest tu nawet Muzeum Jeleni. Sama droga od Kinlochewe do Torridonu wiedzie górską doliną przez rezerwat naturalny u podnóża masywu Beinn Eighe. Podczas naszej wyprawy była pełna wrzosów i podwójnie malownicza.

 

 

wrzosowisko

góry

jezioro
Loch Torridon i kuce na wypasie

jezioro

wzgórza
Nasza noclegownia – choć w nocy lało straszliwie, to na poranne widoki nie można było narzekać :)

ławka na wzgórzu

stroma droga

Praktycznie

Jeżeli planujecie w tych okolicach nocleg na dziko to droga wzdłuż jeziora Torridon od strony północnej została sprawdzona i śpieszę donieść, iż możecie liczyć na przytulny, całkiem duży parking ukryty w lesie tuż przy drodze oraz znajdujący się nieco wyżej, widowiskowy punkt widokowy z ławeczką, a nawet stolikiem! Takie luksusy!  Nie zdziwcie się tylko jak w nocy sarny przyjdą sprawdzić kto się pałęta po ich włościach.  Nas sprawdziły.

Jeżeli ktoś ma lęk wysokości, przestrzeni, albo dwa w jednym, niech lepiej za bardzo się nie rozgląda ( tako rzecze Michał, który cierpi na obie przypadłości). Tuż za punktem widokowym w stronę Lower Diabaig droga wije się dość stromo wzdłuż urwiska, a barierek nie przewidziano. Możliwe jednak, że po zmroku sprawia to bardziej upiorne wrażenie.

Jeżeli ktoś woli aby mu jeleń nie zaglądał w twarz kiedy śpi, to na samym początku jeziora, czyli w miejscowości Torridon znajduje się camping, a zaraz obok hostel. Hostel warto rezerwować zawczasu, bo w sezonie może być ciężko załapać się na nocleg z dnia na dzień (najtańszy w tej okolicy) Do użytku publicznego są tam toalety, a nawet prysznic. Opłata za kibelek ( 50 pensów), ciepłą kąpiel ( 3 funty) , jak i za camping ( 6 funtów)  funkcjonuje na zasadzie skrzyneczki zaufania. Czyli wrzucasz jak korzystasz. Nikt nie pilnuje, szlabanów nie ma, więc jak dotrzesz w nocy to nie musisz desperacko szukać miejsca na namiot. Aha, jakby ktoś szukał prądu to kontakt jest wyłącznie w męskiej toalecie. Taka dyskryminacja.

Highland Midge

I jeszcze jedna istotna wiadomość. Tu grasuje największy, najbardziej krwiożerczy i wyjątkowo upierdliwy postrach szkockich bezdroży… Highland Midge… Mały, paskudny wampirek. Tak jest drodzy Państwo, ta meszka potrafi zatruć życie nawet najbardziej zatwardziałemu włóczykijowi. Może i ma 1-2 mm wielkości, ale w hordzie 50 milionów na 100 m2 daje się we znaki. Z lubością pożywi się Waszą krwią, sprawdzi Wasze zatoki, a także zajrzy w zęby. Szczególnie od czerwca do sierpnia, pomiędzy 5:00 – 8:00 oraz 18:00 – 21:00.

Jej ulubione okolice to zazwyczaj te najbardziej malownicze, jeziora, rzeki, mokradła… Czyli w zasadzie cała północna Szkocja, choć w części północno-wschodniego wybrzeża zauważalnie mniej. Możliwe, że to zasługa wiatru. Podobno przy podmuchach 4m/s jest już dla nich trochę zbyt wietrznie.

Na stronie smidgeup znajdziecie mapkę, która pokaże aktualny stopień zagrożenia  tymi małymi potworkami

( Według mapki w Glencoe nie ma ratunku, nas jednak jakimś cudem tam akurat nie dręczyły. Być może była to zasługa deszczu.)

Jak się bronić? Długie rękawy i środek DEET powinny je nieco uspokoić w zapędach. Moskitiera na twarz również nie jest głupim pomysłem.  Okadzanie się dymem z ogniska niestety nie działa, sprawdzone. Następnym razem spróbuję czosnku z krucyfiksem.

Beinn Eighe Visitor Center, czyli pięciogwiazdkowy postój dla zdesperowanych.

Zazwyczaj centra turystyczne nie stanowią dla mnie jakiegoś szczególnego punktu zainteresowań na trasie podróży, aaaaaale… My żałowaliśmy, że nie wiedzieliśmy o nim wcześniej. Zaraz powiem dlaczego. Po pierwsze, znajduje się w świetnej lokalizacji, bo tuż obok Kinlochewe, czyli rzut porożem od pięknego Torridonu. Na przeciwko mamy Loch Maree, niegdyś święte jezioro druidów. W centrum ( czynne od 10:00 do 17:00) znajdziecie całkiem fajną ( nawet dla dzieci) wystawę o lokalnej przyrodzie. oraz mnóstwo darmowych mini mapek okolic, ulotek o atrakcjach, czyli to co zazwyczaj w takich miejscach i wśród nich perełka. Całkiem dokładna mapa całej trasy nr 500 z zaznaczonymi punktami widokowymi, atrakcjami, campingami, przydrożnymi kibelkami, miejscami do obserwacji delfinów, fok, maskonurów ( podli kłamcy) i w ogóle wszystkiego czego dusza w trasie pożąda.

A teraz najlepsze. Tuż obok centrum znajduje się całodobowo otwarte pomieszczenie do obserwacji ptaków. Jest duże, szczelne i z dachem nad głową.  Tak wiem, opis szału nie robi, ale jeżeli trafiacie w te okolice nocą podczas potwornej ulewy to wycałujecie z wdzięczności te wszystkie malowane sikoreczki co do jednej. Nie jest to miejsce noclegowe i być nim nie powinno, ale w razie podbramkowej sytuacji warto wiedzieć, że jest i kilka osób spokojnie się tam zmieści.  Ponadto do dyspozycji ( również całodobowo) są czyściutkie i ogrzewane (w pomieszczeniu do przewijania niemowląt jest nawet dodatkowy grzejniczek) toalety. Wiem, że z tej informacji zapewne mało kto skorzysta, ale dla mnie byłaby cenna, więc mimo wszystko ją dodam.  Duże umywalki, ciepła woda i suszarki do rąk z dmuchem halnego. Czyli doskonałe miejsce do umycia głowy. Najlepsze na całej trasie!

 

 

budka obserwacyjna

centrum turystyczne
W tyle drewniana budka obserwacyjna.

 

Na zewnątrz rzeźbione, drewniane stoły i królewskie niemal trony (serio).  Parking duży, a całość przyjemnie odgrodzona od drogi gęstymi drzewami.

Gairloch

Po drodze przed Gairloch jest fajna zatoka rybacka skąd można wybrać się na rejs w poszukiwaniu delfinów. Albo po prostu pozaglądać rybakom do kutrów co dla mnie zawsze jest punktem obowiązkowym. A pamiątki są tu tańsze i fajniejsze.

 

 

rybacy

sieci rybackie

 

 

Gdzieś między Gairloch, a Ullapool jest szczególnie malowniczy odcinek. No mówię Wam, Złoty Puffin jak malowany, ale tak się tym widokiem zachwyciłam, że z tego zachwytu zapomniałam sprawdzić gdzie jestem. Proszę, oto dowód. Prawda, że mogłam zapomnieć? Zwłaszcza, że wyłania się tak nagle, że pierwsza myśl to – Gdzie jest parking?! A zaraz potem jak to u diabła karta pamięci skończona?! Gdzie nowa karta jak się pytam?!

 

 

panorama na góry

 

Ullapool

Nieduże, turystyczne miasteczko o dziwnej nazwie przy całkiem ładnej zatoce. Dużo sklepów z różnej maści pamiątkami, kawiarenek i kilka knajpek.  Z istotniejszych informacji jest sklep z wyposażeniem górskim/turystycznym w razie gdyby komuś przelał się namiocik, jednak ceny też są turystyczne. No i Tesco! W tej części Szkocji większe sklepy to rzadkość, więc warto uzupełnić zapasy zupek chińskich ;). Poza tym szału nie ma, więc jedziemy dalej.

 

 

rośliny wyrastające ze starych butów trekkingowych

szkockie piwo

 

Kawałek za Ullapool bądźcie gotowi bo oto wyłania się Puffin za Puffinem!

 

panorama

 

Okolice Summer Isles

Jednak to tylko początek! Prawdziwe puffinowo zaczyna się w okolicach wybrzeża z widokiem na Summer Isles i ciągnie, aż do samego Reiff. Jest sielsko, aż do przesady. Jedynie nazwę bym zmieniła. Na Wyspy Owcze 2.

 

 

rybak

Passing place – miejsca wymijanki na szkockich, wąskich drogach

stado owiec

 

 

Są wszędzie, serio. Jestem przekonana, że ludzie są tam w mniejszości. To taki cichy zakątek, gdzie ma się wrażenie, że czas się zatrzymał, a na zielonych  polanach wśród owiec pasą się niewidzialne jednorożce. Brakowało jedynie tęczy rozpościerającej się ponad małymi wysepkami na horyzoncie i przeskakujących przez siebie delfinów w świetle zachodzącego słońca. A wiecie co jest najlepsze? To wszystko naprawdę może się tam zdarzyć. Łącznie z jednorożcami. W końcu są niewidzialne.

 

 

Plaża w Achmelwich

Podobno najpiękniejsza plaża Szkocji. Z najbardziej turkusową wodą oraz najbielszym piaskiem. Podobno. Mnie prawdę mówiąc trochę rozczarowała. Zwłaszcza, że rajskie wrażenia znikają zaraz po zanurzeniu palca w wodzie. Jest ładnie, po prostu. Jeśli jest Wam po drodze to warto zajrzeć, ale żeby jechać specjalnie tylko dla tej plaży to niekoniecznie. Widziałam w Szkocji ładniejsze, ale o tym później.

 

 

Plaża w Achmelwich

 

 

Jeżeli jednak już tam jesteście i szukacie rajskiego miejsca na namiot to kawałek za główną plażą ( można się powspinać od strony wybrzeża, albo bardziej cywilizowanie przejść drogą od strony parkingu – brama się otwiera) jest mniejsza, zdecydowanie bardziej ustronna plaża. I ładniejsza, moim skromnym zdaniem.

 

 

Ukryta plaża
Michał kontempluje :)

Stoer lighthouse

Osiemnaście kilometrów dalej znajduje się klimatycznie położona latarnia morska z pięknym widokiem na okolicę i samotną ławeczką na klifie ku pamięci braciom, którzy zginęli na morzu. Mimo porywistego wiatru była to latarnia przy której spędziłam najwięcej czasu. Przy odrobinie szczęścia i cierpliwości można w tych okolicach dojrzeć delfiny i walenie. Nam udało się zobaczyć tylko dwie zbłąkane foki. A przynajmniej tak nam się zdawało…

 

 

ławeczka przy morzu

 

 

Zbliżając się ku północnemu wybrzeżu…

 

 

Wyszło tego wszystkiego trochę więcej niż się spodziewałam, więc relacja z The North Coast 500 zostanie podzielona na dwie części. Powstanie także zbiorczy spis najważniejszych informacji  dla każdego kto wybierałby się w te cudne rejony. Wybrzeże północne i wschodnie tutaj!

 

mapa trasy

 

Tags: