fbpx
OkołopodróżniczoPodróże

Podróżowanie we dwoje, czyli sztuka kompromisu

Jeśli chcesz kogoś poznać, zabierz go w podróż. Powiedzenie stare i  jakże prawdziwe. Dobry kompan podróży to skarb, ale nawet wśród najlepiej dobranych ludzi zdarzają się spory.  Grunt to wiedzieć z czego wynikają i potrafić sobie z nimi poradzić. Podróżowanie we dwoje to sztuka kompromisu, czasem trzeba z czegoś zrezygnować lub zmienić trochę formułę, ale i ileż można zyskać!

Spotkać się w pół drogi

Podróżowanie z kimś, zawsze wymaga jakichś kompromisów. Mniejszych, lub większych, ale coś pojawi się zawsze. Rzadko się zdarza, aby dwie osoby były tak idealnie dopasowane,  by szybsze bicie serca wzbudzało absolutnie to samo. Dla jednego może to być ferrari o zachodzie słońca, dla drugiego, pająk pod koszulką, a dla trzeciego coś, co nawet kardiologom się nie śniło. Ot, ludzie są różni, a w podróży te różnice lubią wyłazić szczególnie intensywnie. Stoją potem takie po kątach, gapiąc się na siebie wilkiem. W dodatku wyjątkowo egocentryczne z nich bestie, każda tylko warczy Moje! Moje lepsze! Najmojsze! i żadna nie chce słuchać. Różnice to wyjątkowo kiepscy słuchacze…  I uparte jak osły, nie uwłaczając osłom. Dlatego zanim rozszczekają się na dobre, lub co gorsza, zagryzą, trzeba założyć im kaganiec, a zwie on się kompromis. Nie zawsze jest to łatwe, te bestie lubią walczyć. Za pierwszym razem może być trudno, za drugim nadal nie łatwiej, ale w końcu, po pewnej praktyce, różnice uda się pogodzić. Zamiast dzielić, latając gdzie popadnie, będą szły grzecznie przy nodze, od czasu do czasu wylizując sobie wzajemnie uszy. Prawda, że fajna perspektywa?

Ustalcie oczekiwania

Kierunek wybrany, termin zabookowany, nawet wstępny plan podróży naszkicowany. Świetnie! Jednak najważniejsze nadal przed Wami.  Ustalcie jakie macie oczekiwania odnośnie podróży. Czego chcecie doświadczyć? Jak chcecie spędzić ten czas? Czym jest dla Was ta podróż? Z doświadczenia wiem, że jest to coś, co najbardziej może poróżnić, a o czym przed wyjazdem w ogóle się nie myśli. Zwłaszcza, gdy się kogoś dobrze zna i z góry zakłada, że przecież jakoś się dogadamy. Mówię Wam, lepiej się dogadywać zawczasu, bo na miejscu może być już bardziej drażliwie. Gdy ktoś wyjeżdża z konkretnym nastawieniem na to jak chce spędzić dany czas, to później, na miejscu jest mu dużo trudniej zaakceptować zmiany, niż gdy się to ustali na początku. Obiecaj dziecku lizak, a potem daj mu marchewkę ze słowami ” “Zobaczysz, będzie fajnie!” Jak myślisz, ucieszy się?

Kilka lat temu popełniłam ten błąd. Właściwie wszystkie go popełniłyśmy. Była nas trójka i znałyśmy się jak łyse konie od wielu lat. Przebieg podróży był dość jasny. Autostop, namiot, kierunek na Hiszpanię. Nie pierwszy raz razem w ten sposób podróżowałyśmy. Tak sie jednak złożyło, że akurat każda z nas, tego jednego razu,  czegoś innego szukała w tej podróży. Wydawać by się mogło, że znając się tak dobrze, nie będzie problemu z ustaleniem kompromisu. Być może byłby mniejszy, gdybyśmy się znały gorzej. Wtedy ludziom jakoś łatwiej przychodzi ustępowanie, staranie się i bycie miłym. Jednak, gdy znasz się z kimś zbyt dobrze, to ze szczerością łatwo przegalopować, a potem jest już tylko gorzej. Ostatecznie każda z nas wyjazd ten wspominała z dość mieszanymi uczuciami ( a były to niemal trzy miesiące w drodze…). Niedogadanie się co wyjazdowych oczekiwań, może skutecznie zatruć atmosferę na miejscu.

Zmęczenie rodzi kłótnie

Człowiek głodny i zmęczony, to człowiek zły. Wiadomo. A jak zły to i o kłótnie łatwiej. Byle pierdółka może skończyć się latającymi talerzami i rzutem butem w dal.  Normalnym jest, że niewyspanie, zmęczenie, czy  inny niedostatek do komfortowego samopoczucia, może zwiększyć drażliwość i wywołać frustrację, a w podróży o to nie trudno.  Zamiast więc tracić resztki sił na fochy, lepiej zrobić sobie dobrze.  Nam, kawałek czekolady i gorąca herbata zawsze poprawiają  humor.  Dobry, długi sen też robi swoje.

Troska nie ogranicza

Jako, że nie lubię prowadzić, Michał jest u nas jest głównym kierowcą. Czasami zapominam o tym, że długa jazda dokłada zmęczenia i gdy wieczorem dojeżdżamy do miejsca spoczynku, ja mam jeszcze dużo energii. Michał nie zawsze.  Często mam wtedy ochotę jeszcze gdzieś się poszlajać, albo po prostu pogapić się w gwiazdy.  Michał natomiast jedyne o czym marzy to poduszka.  Chyba właśnie wtedy najczęściej zdarzają nam się spory.

Osobiście nie widzę problemu, aby na nocny spacer wybrać się samodzielnie. Jednak Michał nie zawsze uznaje ten pomysł za równie dobry co ja. Na początku bardzo mnie to denerwowało, byłam przyzwyczajona to tego, że chodzę tam gdzie chcę, wtedy kiedy chcę i nikt mnie nie pilnuje. Wcześniej, wielokrotnie poruszałam się po niepewnych dzielnicach, a las nocą był dla mnie równie zwyczajny co nocna wizyta w toalecie. Wiedziałam, że potrafię o siebie zadbać w każdej sytuacji i owa nadopiekuńczość  nieco wyprowadzała mnie z równowagi. Czułam się traktowana jak małe dziecko i nie podobało mi się to.

To “ograniczanie mnie”, nie wynikało jednak ze złej woli, czy uważaniu, że sobie nie poradzę,  a zwykłej troski. Teraz patrzę na to inaczej i mimo, że wiem, iż spokojnie mogłabym gdzieś pójść sama, to dla spokoju ducha Michała, odkładam ten spacer do rana, gdy oboje będziemy wypoczęci i chętni na wycieczki. (Edit. (dopisek Michała) Tak właśnie będziesz postępować od następnej wyprawy, prawda? )

Nie szukaj winnego

W podróży zdarzają się różne, niespodziewane rzeczy i to jest fajne. Zazwyczaj. Bywa jednak i tak, że niespodzianki w stylu nieprzespanej nocy, bo hostel znajduje się nad największą imprezownią w mieście (i już wiesz, dlaczego było tak tanio), nie wywołuje uśmiechu na twarzy.  Paszport został w domu, pieniądze się zgubiły, a namiot przecieka. Bywa i tak. Wpadki zdarzają się każdemu, a czasami coś po prostu się wysypie i naprawdę nie ma winnego. Zamiast wściekać się na siebie, lepiej skupić się na tym, jak sytuację rozwiązać. Jeżeli czujesz, że żyłka na skroni zaczyna Ci niebezpiecznie pulsować, zastanów się, czy ten problem naprawdę jest taki wielki? Warto w ogóle się wściekać?

Kompromisy – jak to jest u nas?

Mogę powiedzieć, że mam ogromne szczęście.  Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego kompana do podróży i nie mówię tego tylko dlatego, że Michał za chwilę zajrzy mi przez ramię ;).  Naprawdę tak jest.  Oboje lubimy odkrywać nieznane rejony, przełazić przez dziury w płocie i wyznaczać własne szlaki. Żadne warunki nam nie straszne, nie mamy wygórowanych wymagań i w pełni zadowalamy się kubkiem ciepłej herbaty z ogniska  oraz szybkim prysznicem na stacji benzynowej raz na kilka dni jeżeli akurat  trasa tego wymaga. Jednak mimo, iż całkiem dobrana z nas para to i u nas w niektórych kwestiach upodobania  trochę się różnią. Na szczęście i z tym nie mamy większego problemu :).

Woda

Mój żywioł. Choć beznadziejny ze mnie pływak, nurkowanie, surfing i wszelkie sporty wodne uwielbiam. Z morza mogłabym nie wychodzić  (z wanny zresztą też…). Plażingu nie praktykuję, ale jeśli jesteśmy w okolicach podmokłych, niezależnie, czy to wartka rzeczka, czy ocean, to nogę zamoczyć muszę! Przynajmniej nogę! Temperatura nie jest istotna. Michał wie, parę razy musiał mnie powstrzymywać, przed zafundowaniem sobie zapalenia płuc.

Michał z kolei ma swoje zasady. On do zwolenników wielkich, otwartych zbiorników wodnych nie należy i jak mawia, podziwiać może, ale z dystansu. Z morzami wchodzi w niepisany układ wzajemnego nie wchodzenia sobie w paradę. On się w nich nie moczy i tego samego oczekuje od nich. Znaczy nie moczenia go. Z tego względu czasami mamy impas. Ja bym mu chciała przedstawić Nemo i machnąć przed nosem płetwą, on na moją propozycję doznaje ataku chwilowej głuchoty.

Jakie mamy wyjście? W sumie bardzo proste. Ja się pławię, a Michał w tym czasie znajduje sobie inne zajęcie. Na przykład robienie mi kompromitujących zdjęć. Nawet nie muszę go specjalnie zachęcać. Po mojej pierwszej lekcji surfingu, sam stwierdził, że dawno się tak nie ubawił.  Był przekonany, że będzie nudził się jak mops, a tu proszę! Takiego cyrku to nigdzie nie widział!

Czasem trzeba dać  sobie trochę przestrzeni. Nie wszystko trzeba robić razem. Zamiast naciskać i na siłę ciągnąć kogoś do aktywności, której nie czuje, aby w efekcie obie strony były niezadowolone, bo tak najprawdopodobniej będzie, daj tej osobie możliwość wyboru. Pokaż, że coś jest fajne,  ale jeżeli nie jest przekonana, odpuść  i  idź sam.  A nuż widok Twojej uśmiechniętej twarzy po powrocie, zadziała bardziej przekonywująco, niż Twoje słowa? Michał na przykład, nie tak dawno temu sam zaproponował kajaki. Co prawda na króciutkim dystansie, ale dla kogoś, kto nigdy nie pałał do nich sympatią to i tak już coś ;).

Ciepło vs zimno

Jestem ciepłolubnym człowiekiem. Gdy inni padają z gorąca, ja dopiero zdejmuję kurtkę. W poprzednim życiu prawdopodobnie byłam wielbłądem, ewentualnie salamandrą plamistą. Podobno najbardziej wytrzymałym stworzeniem na ziemi, na skrajne temperatury, jest karaluch. Myślę, że w kwestii upałów, moglibyśmy konkurować o pierwsze miejsce.

Michał przeciwnie. Uwielbia zimę i z lubością spogląda na te bielsze obszary na mapie. Marzy mu się wyprawa na Spitsbergen, Syberię czy Denali. Najlepiej w styczniu!

Co ja na to? Ano nic, kupuję cieplejszą kurtkę ;) A przynajmniej kupić taką planuję, bo w praktyce jeszcze dotrzeć nam się w te rejony nie udało.  Jasne, że wolę jak mi ciepło  i większą bliskość czuję południowymi rejonami globu, ale przecież nie będę się ograniczała ze względu na temperaturę.  Raz wybieramy Sycylię, a raz Szkocję. Grunt to, aby obie strony były zadowolone. Sama zresztą, dobrych kilka lat temu, wysłałam aplikację podczas naboru do placówki naukowej na Spitsbergenie. Niestety nie byli zainteresowani ;).

Jeżeli i Wy macie różne kierunki podróżniczych zainteresowań, ustalcie zasadę, że raz wybiera jedno, a raz drugie. Kto wie, może destynacja Was zaskoczy i odkryjecie w sobie pasję do zupełnie nowych miejsc? Dajcie pokazać sobie nowe szlaki i spójrzcie na nie oczami partnera. Być może dzięki temu dostrzeżecie to, czego sami wcześniej nie potrafiliście.

Góry

Oboje z Michałem, uwielbiamy górskie wędrówki. Z tym, że ja preferuję odbywać je w miesiącach, gdy herbata w termosie nie zamienia się po godzinie w sopel  lodu. Michał jest mniej wybredny i szczególnie upodobał sobie Tatry w zimowej odsłonie.  Przyznaję, że  choć lubię wyzwania, to na pierwszą, zimową  wyprawę  tatrzańskimi szlakami, musiał mnie trochę namawiać. Być może wpływ miała na to nasza druga, nieoficjalna randka podczas której Michał, na trasę romantycznego spaceru, wybrał Orlą Perć (była to wówczas moja druga wizyta w Tatrach) . Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że owego października przymrozki przyszły dość prędko. W związku z czym,  trasa była mocno oblodzona, a my totalnie na to nieprzygotowani.  Uprzedzając komentarze, nie mogliśmy zawrócić, gdyż szlak Orlej Perci jest jednokierunkowy, a o oblodzenie pojawiło się dopiero po kilkuset metrach. Zapytywani o warunki na szlaku “wyjadacze”, których mijaliśmy również jakoś o tym szczególiku nie wspomnieli. Trzeba więc było zagryźć zęby i dotrzeć do najbliższego zejścia.

Aktualnie,  choć nadal wolę cieplejsze dni na tatrzańskie spacery, to bywa, że i zimą się skuszę. Mimo, że trzeba wtedy wstać najpóźniej o trzeciej w nocy (jadąc z Krakowa), a włosy zamieniają się w lodowe dredy, to widok wschodu słońca nad białymi czapami szczytów, wynagradza to w 100%.

A w ramach małej rady… Próbując  komuś zaimponować, starajcie się nie narażać jego życia na szybki koniec, zwłaszcza jeżeli w dalszej perspektywie ma być to życie razem ;).

Autostop

Tutaj to ja byłam stroną namawiającą, upierdliwą i nie przyjmującą odmowy.  Michałowi wizja autostopu nie była zbyt bliska. Nie chodziło o niewygodę, czy trudności po drodze, ale o “proszenie się o podwózkę oraz zależność od losowego łaskawcy”  Jako, że jestem jednak dość przekonywująca, to w końcu Michał uległ i powstał plan Kraków – Grecja w 9 dni, bo tyle tylko mieliśmy dni urlopu.  Jak to z planami bywa, zwłaszcza tymi autostopowymi, rozminął się z rzeczywistością o całe lata świetlne. Do Grecji nie do dotarliśmy ( utknęliśmy w Chorwacji), kierowcy omijali nas wzrokiem, Wiedeńska klątwa i nas dopadła (wśród autostopowiczów istnieje teoria, że Wiedeń to taki lądowy Trójkąt Bermudzki. Jak Cię dopadnie, to się już stamtąd nie wydostaniesz. Potwierdzam.), przez pół trasy goniły nas burze-killery i jeszcze trochę innych niespodzianek też się przydarzyło. Generalnie co mogło pójść źle to poszło źle.  Bardzo mi zależało, żeby ten wyjazd był jak najlepszy. Chciałam udowodnić Michałowi, że autostop to super sprawa, a tu wychodził klops za klopsem…

Co tu dużo mówić, byłam załamana. Co na to Michał? Podejrzewając najgorsze, bałam się zapytać. W końcu, przygotowana na litanię w stylu “A nie mówiłem?”, nieśmiało zagaiłam rozmowę.  I co się okazało? Był zachwycony! Okazało się, że to co ja widziałam jako gwóźdź do naszej autostopowej trumny, który niechybnie przekreśli szansę na kolejne w tym stylu podróże, on z radością witał jako wyzwanie, które z chłopięcą radością może pokonać. Dzięki problemom, droga okazała się ciekawsza, przygód nie brakowało, a to, że nie dotarliśmy do celu (i w ogóle jakoś niewiele po drodze widzieliśmy…) stało się kwestią bardzo drugorzędną.

Kontemplacja rzeczywistości

Lubię czasem się zapatrzyć w fale, albo przepływające chmury. Poleżeć na łące, żując trawkę albo zwyczajnie pogapić się w przestrzeń, delektując się widokiem. Nic nie robić. Po prostu być. Zawsze mi mówiono, że nie potrafię usiedzieć na miejscu, że zawsze gdzieś gnam.  Być może, ale w porównaniu do Michała jestem kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora, niezmąconym najmniejszym ruchem, drgnieniem, ani oddechem. Po cichu podejrzewam, że ten człowiek ma ADHD. W każdym razie na tyłku usiedzieć to on nie potrafi. Po dwóch minutach postoju, już by pędził dalej.  Zwyczajnie musi mieć jakieś zajęcie. Dlatego gdy nachodzi mnie ochota na chwilę zadumy,  a Michał już zaczyna przebierać nerwowo nogami, wyciągam znienacka kabanosika i zyskuję kilka dodatkowych minut kontemplacji, przerywanych jedynie cichym, szczęśliwym mlaskaniem. ;)

Nie twierdzę, że działa to na wszystkich, ale zapasowe papu to zazwyczaj świetna gałązka oliwna, a i zajęcie na jakiś czas ;)

 

 

Podróże we dwoje to nie zawsze bułka z masłem. To nauka cierpliwości, kompromisów i  komunikacji. Różnice, które trzeba pogodzić, ale też wspaniała przygoda.  I co najistotniejsze, umiejętność wyłaniania priorytetów. Nie zawsze uda się połączyć  wszystkie zachcianki, zrealizować trasę tak aby każdy był w 100% zadowolony. Pytanie co jest istotniejsze. Piękna podróż i  wspólne przeżyte wspomnienia, czy postawienie na swoim?

A jak u Was wygląda kwestia kompromisów? Co najczęściej skutkuje latającymi talerzami? :)

Tags: