fbpx
Zielone życie

Marzenia nie mają terminu ważności

Follow my blog with Bloglovin

Nie mylić z zachciankami. Bo te choć bywają wyjątkowo intensywne, prędzej czy później mijają. W moim przypadku zazwyczaj maksymalnie po kilku dniach, kiedy rozsądek w końcu trzeźwieje z upojnej wizji cudnego naszyjnika ze szmaragdem, którego przecież i tak nie miałabym do czego nosić, bo za jego zakup musiałabym sprzedać wszystkie swoje ubrania łącznie ze skarpetkami. Po za tym, jakoś nie jestem pewna, czy do wytartych jeansów, trekkingów i indiańskiej torby pasują szmaragdy. Tak więc zachcianka dzięki interwencji rozumu w końcu się rozmywa. I cóż z tego, że chwilę temu niemal zaśliniłam gablotkę w antykwariacie, skoro po miesiącu na wspomnienie owego cudu jubilerstwa , pomyślę sobie “Ot, ładna błyskotka, ale czy naprawdę jest mi potrzebna do szczęścia?” Raczej nie.

Co innego marzenia… Tu rozum jakoś sobie gorzej radzi. Mogą ucichnąć, zduszone, zapomniane, odroczone, ale nigdy, przenigdy, przeterminowane.

W dzieciństwie moją ulubioną książką, zaraz po “Dzieciach z Bulerbyn” był “Harry Potter”. Przyznaję się otwarcie i wypierać nie zamierzam. W zasadzie mogę powiedzieć, że jestem pokoleniem Harrego Pottera, bo gdy książka po raz pierwszy pojawiła się w polskich księgarniach miałam dokładnie tyle lat ile książkowy bohater i rok po roku, dorastałam razem z nim. Jako, że szara rzeczywistość ciężkich czasów podstawówki nigdy nie była wystarczająca dla mojej bujnej wyobraźni i potrzeby izolacji, mym głównym marzeniem (tak wiem, mało oryginalnym) był Hogwart. Szkoła Magii i Czarodziejstwa, gdzie po bujnych pastwiskach chyżo galopują jednorożce, skrzaty radośnie cerują skarpetki, a po lasach grasują wilkołaki. Ach, cóż rajska wizja! Nic dziwnego, że ulubioną zabawą było rzucanie uroków na siostrę, czy serwowanie niejadalnych mikstur co bardziej naiwnym członkom rodziny. Podsumowując, długo me zauroczenie światem wykreowanym przez Panią Rowling trwało, a relaksacyjny balans pomiędzy fikcją, a rzeczywistością ostał się do dzisiaj. Lata jednak mijały, Potter się ustatkował, a ukochane książki poczęły się pokrywać warstwą kurzu i pajęczyną miłych wspomnień. Aż do 9 stycznia 2018 roku, czyli dnia moich trzydziestych urodzin. Pewien cudowny mężczyzna, a mój osobisty wybranek, postanowił mi bowiem sprezentować powrót do młodości w wersji premium, czyli romantycznej wycieczki we dwoje do świata czarów i wyobraźni Warner Bros. Studio. Czyli muzeum Harrego Pottera!

Choć kiedyś coś tam przebąkiwałam i owszem, ciekawa byłam jak to tam wygląda, nigdy tak całkiem na poważnie nie potrafiłam się zebrać, żeby naprawdę sobie taką wizytę zafundować. Bilety do tanich nie należą, a przecież jeszcze dojechać trzeba plus nocleg w Londynie. Przecież to tylko taka dziecięca mrzonka, warto to w ogóle? Tak sobie myślałam. Rozum zawzięcie walczył… Gdyby to jeszcze były tylko moje pieniądze, pal licho! Jednakże na zaspokojenie kaprysu dzieciństwa, owocem wspólnego mozołu odwagi nie miałam. Na szczęście decyzję podjął ktoś za mnie. I bardzo dobrze!

Co wywołało we mnie największe zaskoczenie? Przede wszystkim ja sama.W życiu bym nie przypuszczała, że w wieku lat trzydziestu poryczę się na widok Wielkiej Sali (dla niezorientowanych, jest to główna sala jadalna w Hogwarcie). Nie wiem kto był w większym szoku, ja, mój przerażony mężczyzna, czy dzieci tłoczące się wokół mnie. Faktem jednak jest, że ze wzruszenia posmarkałam się nie na żarty. Na szczęście po kilku minutach udało się opanować moje wewnętrzne dziecko i resztę tego wspaniałego dnia spędziłam względnie opanowanie jeśli nie liczyć pisków radości na widok peruczki Snape’a, czy mało przemyślanego zakupu pluszowego hipogryfa, któremu zwyczajnie nie mogłam się oprzeć (nie chcę wiedzieć co tam muszą przeżywać matki z prawdziwymi dziećmi! Toż to murowane bankructwo! ). Samo muzeum, choć poświęcone nie tyle serii o Harrym Potterze, co filmom opartym o książkę, było naprawdę ciekawe. Nawet M., który fanem przygód nieletniego czarodzieja nie jest, był zadowolony z wycieczki. Nie tylko dzięki mojemu wybuchowi nieposkromionej, łzawej radości ;). Obszar zwiedzania jest spory (co najmniej kilka godzin, my spędziliśmy tam pięć, a to tylko dlatego, że powoli już zamykano) i przemyślanie skonstruowany z piękną wisienką na torcie ( której treści nie zdradzę w razie, gdyby ktoś się też wybierał ;)) Nie skłamię jednak, gdy uchylę rąbka tajemnicy i dodam, iż z ust niemal każdej osoby wchodzącej do ostatniego pomieszczenia wydobywało się tylko ciche „woooow…” .

warner bros studio - sklep z pamiątkami

warner bros studio - sklep z pamiątkami 2

Muzeum Harrego Pottera 3

Warner Bros Studio - wielka sala

Warner Bros Studio - wielka sala 2

Warner Bros Studio w Londynie - czekoladowy kapelusz

Warner Bros Studio w Londynie - peruka Snape'a

Warner Bros Studio w Londynie - dormitorium

Warner Bros Studio w Londynie - sala eliksirów

Warner Bros Studio w Londynie - Nora

Warner Bros Studio w Londynie - Nagini

Warner Bros Studio w Londynie - voldemort

hipogryf

zakazany las

hogwart express

Warner Bros Studio w Londynie - hogwart express

gilderoy lockhart

kremowe piwo

błędny rycerz

Muzeum Harrego Pottera

Olivander

hogwart

 

Moi drodzy, marzenia nie mają terminu ważności. Osobiście się o tym przekonałam. Te prawdziwe, wytęsknione, nawet jeśli przez lata jakoś tak zapomniane. Większe, czy mniejsze zawsze będą czaić się gdzieś tam na dnie serca, tylko czekając, aż dacie im dojść do głosu. Podejrzewam nawet, że to właśnie te przykurzone, z czasów lat dziecięcych wywołać mogą reakcje jakich byście się nigdy nie spodziewali. Wiecie, kropla drąży skałę, a przez lata kropel się nazbiera… I będzie fontanna ;).

Warto realizować marzenia, nawet jeśli z pewnym opóźnieniem. W moim przypadku niemal dwudziestoletnim. Tutaj co prawda bardzo ułatwił całą imprezę fakt, że akurat obecnie pomieszkujemy w Anglii, więc dojazd to było aż, bądź tylko kilka godzin w samochodzie. Będąc w Polsce rozum zapewne broniłby się dużo intensywniej.

A wy jakie macie niezrealizowane, nie do końca rozsądne marzenia?

Tags: